Zofia Romer

ur. 1885
przebyte: 18.000 km
Kresy > Komi ASRR > Persja > Wielka Brytania
do Polski nie wróciła

Razem z nią deportowani zostali: mąż Eugeniusz

Jest w człowieku jakiś podświadomy prąd – niezależny od rozumowania logicznego – jakaś ciekawość życia z godziny na godzinę – utrzymujący ludzi w pewnej równowadze. I z tego można sobie zdawać sprawę tylko w najcięższych chwilach, których bez tego nie można by zdawało się przeżyć.

16 czerwca 1941

Na narach pomiędzy Żydówkami z Jurborga i Milesem. Brud, twardo, nogi sterczą w powietrzu. Rano mycie w kubku wody nad zlewem. Kobiety biorą wodę w usta i polewają rozmydlone ręce. (...) Rozmowa z Gieniem, różnica zachowania się ludzi niższej kultury w nieszczęściu – ludzi, którzy stosunkowo najmniej stracili nie przestają wyliczać zestawionych mebli, krów, koni… A my? Genio zwraca uwagę na brak wszelkiej ideowości w Litwinach – a przecie nie sami tu chłopi i robotnicy – jest inteligentny adwokat, jest zamożny gospodarz na 10 ha (...) Nikt tu nie myśli o interesie swego kraju, o losie Litwy, wszyscy tylko myślą o tym „pod kim” będzie im w Litwie najwygodniej żyć – czy przy Niemcu, czy innym – o tym, żeby Litwa była wolna, niepodległa, o tym w ogóle nie mówią. Genio nazywa to brakiem tradycji historycznej.
W innych wagonach jest więcej Polaków – trzymają się dobrze. Przeważnie wszyscy jadą od soboty (...).

23 czerwca 1941

Nasz wagon robi na mnie chwilami wrażenie klatki z różnymi ptakami w ogrodzie zoologicznym. Chora suchotnica Bastienie siedzi przy oknie z szeroko otwartymi oczami, jak pisklę. Tamte młode kobiety jak różne wróble z dziedzińca, przysiadły na wyższej pryczy i ćwierkają sobie ciągle, przekomarzając się z mężczyznami. Czarna Kudirkowa kracze od czasu do czasu jak ta prawdziwa wrona, aż Genio się nerwuje. Adwokat Kisielis rzuca się jak piękny kogut, skrzydłami bijąc o klatkę, a my siedzimy przeważnie cicho, ze skrzydłami opuszczonymi, jak te wielkie ptaki, co pamiętają bezmierną przestrzeń podniebną, pamiętają szczyty gór błyszczących w słońcu (...) i teraz im najwięcej ciasno, najciężej w tym kurniku zamkniętym.
Męczę się co rano chodzeniem myślą po domu i zbieraniem wszystkich rzeczy, które trzeba było zabrać gdybym się przygotowała rozumnie do tego wywiezienia, o którym wszyscy ciągle, ciągle mówili. Dlaczego nie wzięłam wielkiego Mszału, który co dzień mogłabym odczytywać – albo Biblii tatusia – czemu nie pozbierałam fotografii najdroższych! Czemu nie przygotowałam sobie odpowiedniego pudła z farbami, papierów do rysowania, a wreszcie – to co może będzie najdotkliwszym brakiem – ciepłe ubrania.
Pojechałam jak idiotka, jak na wycieczkę krajoznawczą na parę miesięcy – bez futra, kapców, wełny wszelakiej. A może? Nie chcę pozwalać sobie rozmiękczać się takimi myślami, ale może i w tym była jakaś wyższa mądrość kierująca moimi odruchami – może te rzeczy nie będą mi potrzebne? (...)
I obcowanie ciągle z tymi 16 osobami niższej kultury, to też można złożyć do liczby ofiar! O ileż byłoby inaczej z równymi – inter pares. Ci ludzie w wagonie nie prowadzą między sobą innych rozmów, jak o jedzeniu, o słoninie i bekonach. Uważają, że to, co ich spotkało, osobiście ich – to największe nieszczęście, jakie być mogło. Jakby nie widzieli tego szeregu pociągów z kobietami i dziećmi, które jadą w tym samym kierunku.

27 czerwca 1941

Stoimy w Kirowie. W sąsiednim wagonie zmarł p. Rakowski i zanieśli go pochować. Żona z nim była podobno, a może był sam. I tak został samotny, w obcej ziemi, gdzie nikt nie przyjdzie na jego mogiłę.

29 czerwca 1941

Kotłas – osada eksploatacji drzewnej – tartaki, baraki robotnicze, gdzie pracują pewno na przymusowych robotach, bo ogrodzone drutami kolczastymi, a nad pracującymi stoi żołnierz z karabinem. Wszystko smutne, brudne, szare. W Kotłasie widać nowe budynki pobudowane – dziwne wrażenie robią piętrowe domy drewniane. W oknach – jako wyraz tęsknoty do kultury – firanki w postaci gładkiego kawałka płótna przewieszonego przez górną część okna. (...) Kobiety idą po wodę – zaczynają się plotki i przypuszczenia co do naszego losu. (...) Wreszcie o 6 rano zaczęło się… Wory z pościelą rzucano wprost przed wagon, na błoto, po szpałach do barki. Tu jest piekło! Żołnierze zrzucają wory i węzły z pomostu w głąb barki, baby biegają szukając swoich tobołów, walczą o lepsze miejsca na dnie barki, zwołują dzieci, które plączą się pod nogami czyniąc wrzawę nie do opisania. Żydzi, których jest przewaga, są zawsze najgłośniejsi, kłócą się, gestykulują, nie mogą sobie miejsca znaleźć. (...)
Przedostają się wiadomości z frontu: idą boje na linii Szawle, Wilno-Mińsk, Łuck… mówią, że na Prucie stawią opór… podobno Moskwę bombardują. Mamy wrażenie, że nasze władze mają kłopot co z nami zrobić? Czemu tak długo czekamy? – podobno mieli nas w ogóle wieźć gdzie indziej, ale w powodu wojny i zajęcia linii kolejowej wsunęli nas w ten ślepy zaułek. Powtarzają sobie plotki i domysły: mają nas wieźć o 80 km do jakiejś Komi, gdzie jest opuszczony klasztor i baraki.

30 czerwca 1941

Dziś ruszyliśmy w dół rzeki – na północ. (...) Nad ranem spotkałam Komisarza na pomoście i powiedziałam mu, że jestem artystką i chciałabym pracować w swoim zawodzie, bo do fizycznej pracy nie jestem zdolna z powodu wieku i ręki, której nie mogę męczyć. Zanotował sobie wszystko i czekam, co z tego będzie. W ogóle żadnej pracy nie bałam się nigdy, ale „obrabianie” drzewa w obozach przerażało mnie trochę. (...)

16 lipca 1941

Od tygodnia pracuję w fabryce zabawek „Gorpromkombinatu” (...) kazano mi iść do miasta i zgłosić się do fabryki zabawek, gdzie uważano, że będę miała odpowiedniejszą pracę, a Genia w ogóle zwolniono z wszelkiej roboty z powodu wieku. (...) moja robota polega na wykończeniu ptaszków i koników z papier-mache: na przygotowanym gruncie robi się oczka, piórka albo uprzęże i siodła. (...) Jest nas przy tej robocie 6 osób, sami Żydzi z Polski i ja. Muszę przyznać, że towarzystwo jest wyjątkowo przyjemne, szczególnie pani Faktorowa z Częstochowy, osoba inteligentna i kulturalna, która mi okazała wiele serca i uprzejmości.

19 lipca 1941

Minęło dziś 30 lat od naszego ślubu. Boże, w jakich warunkach! Na „zesłaniu” na dalekiej północy, w chacie Komi. (...) Tylko nie wgłębiać się nad tym wszystkim. Trzeba dziękować Bogu, że tak jest, że tu jesteśmy, a nie w lesie, gdzie byłoby sto razy gorzej.

30 lipca 1941

Do tej samej wioski, w której mieszkamy, przyjechała jednocześnie z nami pani Korewina z dwojgiem dzieci. Ulokowali ją w chacie sąsiedniej, z panią Zaleską. Obie te panie chodzą co dzień na robotę do cegielni, zostawiając w domu 4 małych dzieci i 2 zdziecinniałe, niedołężne staruszki. Dziś Korewina zachorowała ciężko i odwieźli ją do szpitala (...) zastanawia mnie jeden objaw: nasi ludzie rozrzuceni po wszelkich „leszawodach” [przedsiębiorstwach leśnych] wzdłuż rzeki Wyczegdy po cegielniach, torfiarniach, w ogóle przy najcięższych robotach – a w mieście Syktywkar po biurach, kancelariach, w „proizwodstwie”, w stołówkach, kinie, teatrze, szpitalach, aptece – wszędzie siedzą na posadach Żydzi, polscy Żydzi, ale Żydzi. Tam gdzie łatwo i gdzie można więcej zarobić.
[31.07.1941] Rząd polski uznany przez Sowiety (...) Dech mi zapiera, łzy dławią. Ciężka zmora dziesiątek tysięcy ludzi gnębionych po obozach przestaje istnieć… Będą wolni… Staś, Władek, Ojciec Kucharski i tysiące, tysiące innych, nieznanych. (...)
O Boże! Marzę czasem, że jestem w kościele i opieram głowę o kratki prezbiterium i płaczę w pokornej prośbie.

12 września 1941

Napadła nas klęska ludzi ubogich: wszy. Musiałam co dzień przepatrywać całą bieliznę i ubranie Genia. (...) Po robocie chodziłam zwykle do stołówki „Oktiabr”, stałam w kolejce, żeby kupić talony na obiad, zupę, kaszę i jeszcze porcję kaszy niosłam zawsze Geniowi do domu. Od paru tygodni stało się to niemożliwym, bo na skutek amnestii wypuszczono wszystkich więźniów z tzw. łagrów i pełno teraz wszędzie tych biedaków. Ogonki w stołówce i w sklepach stają się beznadziejnej długości i mowy nie ma, żeby się tego jedzenia doczekać.

28 września 1941

Syktywkar. Jeden etap naszej wędrówki skończył się: od tygodnia mieszkamy w mieście. Skończyły się moje codzienne spacery po 4 km błota i deszczów, powroty po ciemku i głodzie. W ostatnim tygodniu to już się stawało tak ciężkie, że chwilami płakałam idąc po lepkiej glinie i walcząc z wiatrem (...). Tu wydaje nam się dobrze. Pokój jest ciepły, łóżko stoi przy ścianie piecowej, mamy 2 duże okna i światło elektryczne. Przy tym nasza chaziajka [gospodyni] jest miła i uprzejma, chociaż Komi. (...) W pokoju wszakże nie mieszkamy sami: jest jeszcze Marusia, kuzynka gospodyni, siostra ze szpitala, której mąż jest na froncie. Przeważnie nigdy nie ma jej w domu – czasem i w nocy dyżuruje.

30 września 1941

Na naszym „proizwodstwie” [zakład pracy] robią się nastroje nerwowe: Żydzi gwałtownie chcą wyjeżdżać z Komi. Jak poczuli możność poruszania się po roku przymusowego skrępowania – nie wiedzą sami jak wyzyskać tę swobodę i podrywa ich do wyjazdu! Faktorowa jedzie do Omska, J… do Samarkandy – Taszkientu – byle dalej stąd. (...) Orlański tworzy całą teorię, że według talmudu nie dobrze jest pozostawać dobrowolnie w miejscu, które jest krajem zsyłki, wygnania – nazwał to nawet jakoś po hebrajsku.
(...) Masa ludzi przyjechała z posiołków, żeby jechać dalej i to wszystko nocuje na przystani bo nie ma gdzie się podziać. Niektórzy wyprzedali ostatnie pierzyny na drogę i teraz zostali bez mieszkania, bez pracy, zjedzą pieniądze i nie będą już mieli co sprzedawać. Straszna nędza.
Z poselstwa przyszło zawiadomienie, żeby powstrzymywać ludzi od nieprzygotowanych wyjazdów, że to ma być zorganizowane, obmyślane i praca i miejsce, - ale kiedy? Jak?

24 października 1941

Ciągle jeszcze waży się kwestia wyjazdów. Żydzi w ogóle boją się tu zostać – władze tutejsze utrudniają wyjazdy – nie zwalniają ludzi z posad. Przez cały tydzień żegluga była wstrzymana z powodu mrozów. Potem zrobiła się odwilż, ludzie znów oblegali przystań – trochę wymknęło się – na własną rękę – na własne ryzyko. Z poselstwa piszą do Grygiera, żeby powstrzymał ludzi od wyjazdów, dopóki się nie zorganizuje ogólne przesiedlenie do miejsca wskazanego przez władze – dopóki nie będzie zapewniona praca i mieszkanie.

1 października 1941

Dziś znów nastroje panicznych wyjazdów powtarzają się. Przez jakiś czas był spokój. Przestali brać na statki – przychodziły wiadomości o trudach podróży, o tym, jak setki ludzi czekają na stacjach, pod gołym niebem stoją po całych dniach i noc w kolejkach za chlebem – nie mogą znaleźć pracy i mieszkań itd. itd. Kto został, to już miał siedzieć.

6 grudnia 1941

Tyle rzeczy się wydarzyło, że trudno wrócić wstecz opowiadaniem. Ustanowiono Delegatury. Depesza z Ambasady o dokumentach dla nas. Wiadomość o Władku Wielhorskim. List Stasia Romera.

25 grudnia 1941

Przeszła wilia – przeszło Boże Narodzenie, takie, jakiego jeszcze nigdy w życiu nie miałam – na wygnaniu, bez dzieci, nie wiedząc nawet, gdzie są i co się z nimi dzieje.

27 grudnia 1941

W ogóle zmieniło się moje życie w Syktywkarze. Nie chodzę już na 7.00 do Gorpromkombinatu i nie maluję czerwonej uprzęży na konikach i biegunach i nie boję się spóźnić, żeby mieć „proguł”, najstraszniejsze słowo, grożące karami piekielnymi. Pracuję w Polskiej Delegaturze i mam dział opieki społecznej. Przyjmuję prośby o pomoc i wsparcie, wysłuchuję skarg największej nędzy, starych Żydówek, które nie mogą pracować i nie mają z czego żyć, inwalidów z poodmrażanymi nogami i rękami, którzy nie mają butów i bielizny, od których cuchnie brudem – biedaków, wypuszczonych ze szpitala, bez dachu nad głową, strzępów ludzkich i wreszcie takich, których pomimo amnestii trzymano dotąd w łagrach i którzy szli tutaj po sto, dwieście kilometrów w mróz (wczoraj było -38 stopni) i śnieg, bez chleba, pieniędzy – szli byle dalej od tych miejsc zesłania, dalej od tych lasów i tundry. Tym wszystkim ludziom daje się według uznania kawał chleba i trochę pieniędzy.

31 grudnia 1941

Dostaliśmy listy z Ust Łokczina od Gabr. Grużewskiej i p. Świechowskiej. Straszne, straszne warunki. Po prostu mróz przechodzi przez kości na myśl, że gdyby nie jedna chwila – przypadek – bylibyśmy dziś z nimi. O włos. Już rzeczy nasze złożone były razem z ich rzeczami na brzegu rzeki i byliśmy przeznaczeni do tej samej partii. Gdyby nie ten komendant, który mnie zawołał: „Grażdanka! Wy każetsa chudożnica?” [Obywatelko! Jesteście artystką? – red.] – i kazał przejść do grupy pozostającej w Syktywkarze, bo jak powiedział – projektuje się wystawa na 20-lecie republiki Komi i mój udział może być pożyteczny.
Zdaje się, że ta chwila zdecydowała o naszym życiu.

4 stycznia 1942

Jesteśmy znów w Gościńcu pożegnać delegatów, którzy wyjeżdżają autem do Objaczewa. Wszyscy mamy wrażenie, że skończyło się jakieś święto, bo to, cośmy przeżywali z nimi, to się łączy z jakimś pojęciem święta, wesela, po długim, ciężkim okresie beznadziejnej szarzyzny. Stworzenie Delegatury, ich przyjazd, samo obcowanie z nimi, rozmowy, gazety, wreszcie Wigilia, Nowy Rok… a szczególnie rozmowy z Pehrem. Dla mnie Pehr łączył w sobie jakieś odległe wspomnienia tych ludzi mądrych, dobrych, ofiarnych, ludzi o których myślałam, że tacy właśnie powinni być.

19 stycznia 1942

Wczoraj wieczorem byli u nas goście: prof. Skąpski z Krakowa, dr Karpowski, p. Bortenstein i Grygier. Miło było – rysowałam prof. Skąpskiego. Jako przyjęcie: makaron, do którego wpuściłam słoik konserw grochowych, potem herbata, chleb z masłem i alberty. Od profesora powiał duch Krakowa, stanęły mi w oczach ulice, kościoły, planty (...).

17 stycznia 1942

Moja praca w Delegaturze zaczyna się normować: przyjmuję po jednej osobie na raz, to znaczy, że do pokoju wpuszczają tylko osobę, a to na to, żeby druga nie wiedziała i nie widziała, co poprzednia dostała. Nauczyłam się indywidualizować (...) Na początku dawało się po 10 rubli takim, którzy przychodzili ze szpitala albo z łagru (…) prędko trzeba było to zmienić, bo zobaczyłam, że im więcej taki dostał, czym prędzej wydał, a często przespekulował i za parę dni przychodził po drugie 10. W dodatku niektórzy w ogóle okazali się niegodni wsparcia. Teraz daję mniej. Są znów inni - przeważnie Żydzi - nudni, nachalni żebracy, którzy co dzień przychodzą po swoją porcję - bez względu na to, czy dostaną rubla, czy dwa. Więc tym daję jak najmniej, bo o tak trzeba ich utrzymywać. Do roboty nie idą - twierdzą, że ich nikt nie bierze - wolą żebrać.

1 lutego 1942

Czy to będzie kiedy tak samo, jak było? Czy będą te same krzesła, książki, wazoniki do kwiatów? Czy są jeszcze moje noże do przecinania kartek? Głowa murzyna z brązu z biurka Dziadunia? W marzeniach moich chodzę po pokojach naszych – biorę różne rzeczy do ręki i w ogóle tak się dziwię, jak mogę tak długo bez tego wszystkiego obchodzić się. Widać, że można to przecież nie jest istotne. Naprawdę chodzi tylko o nas samych, o ludzi, tj. o dzieci, o nas – żebyśmy to wszystko przeżyli i spotkali się i byli znów razem.

5 lutego 1942

(…) według niektórych Delegatura jest antysemicka, wg innych filosemicka i opanowana przez Żydów. Trudno wszystkim dogodzić. (...) chociaż tu w mieście 70% naszej klienteli to Żydzi - to jednak na polskiej ludności robi to bardzo przykre wrażenie i coraz częściej słyszy się, że w Delegaturze obsługują tylko Żydów.

9 marca 1942

Przyjechał Miron z Archangielska, opowiadał o Delegaturze w Archangielsku. (...) W mieście Polaków nie ma, tylko na posiołkach, kontakt z Delegaturą tylko przez mężów zaufania. Niektóre posiołki już ewakuowane na południe, ponieważ dostęp do nich możliwy tyko w zimie. Poza tym Ambasada wszelkimi siłami wstrzymuje pęd na południe z powodu potwornych warunków jazdy, tyfusu, głodu itp. Niektórych, specjalnie zasłużonych ludzi nauki wysyła Ambasada do Anglii przez Archangielsk morzem lub samolotem. Ma jechać i profesor Skąpski. To byłby szczyt moich marzeń! Anglia! Kultura! Sztuka. Będzie co Bóg przeznaczył.

24 kwietnia 1942

W mieście chodzą uporczywe plotki, że mają Polaków ewakuować do Persji czy Indii, że jakoby już z Kazachstanu zaczynają wysyłać.

17 czerwca 1942

Wczoraj do Delegatury przyszła depesza z Kujbyszewa, żeby Romerów i p. Winczewską natychmiast wysłać do Jangi-Jula na robotę. Podpisano: poseł Kot.

18 czerwca 1942

Po „upojeniu” pierwszego dnia – nastąpiło rozważne rozczarowanie. Mogliśmy jechać tylko mając paszporty, przysłane z Ambasady – i o tym wiedział Fajans i Strumiłło i Pehr, bo do nich wszystkich Genio o tym pisał od kilku miesięcy. (...) A co do nas – żebyśmy jechali z tutejszymi dokumentami. Przy teraźniejszych obostrzeniach – to nie do pomyślenia. Milicja nie daje żadnych pozwoleń na paszporty ludzi z Wileńszczyzny – Białejrusi, czyli według nich „spornych terenów”.

23 czerwca 1942

Dziś znów depesza Ambasady w sprawie naszego wyjazdu. Każą spełniać rozporządzenie zawarte w depeszy 27. Natomiast nie ma żadnych wyjaśnień w sprawie naszych paszportów i pozwoleń.

25 czerwca 1942

Nasze “szanse” wyjazdu spadają bardzo.

27 czerwca 1942

Trzy lata temu byłam w Warszawie. Rano kopiowałam portret biskupa Gedrojcia dla adwokata Tołuszisa. Był upał! Powróciwszy do Ani na obiad dostałam depeszę z Lublina, że Genia ma syna! (…) Jakież to czasy były jasne, szczęśliwe, jakież życie łatwe.

23 lipca 1942

Przyszła depesza Fajansa z Baku: opuszczając Związek Radziecki, przesyłam wszystkim serdeczne życzenia i pozdrowienia… Czytaliśmy wszyscy po kolei i każdy miał wykrzyknik zazdrości na ustach. Ten umiał się urządzić! Temu się udało! W ogóle wszystkich ogarnęło jakieś uczucie opuszczenia i zwątpienia.

14 października 1942

Już się przyzwyczaiłam do tej myśli, że Tadzik [Tadeusz Romer, ambasador Polski w ZSRR 1942/1943 - red.] jest w Kujbyszewie. Dziś rano powtórzyło tę wiadomość radio w komunikacie po Komi. Po obiedzie było wydrukowane w tutejszej gazecie (…) Tadeusz przyjechał - teraz będziemy czekać na wiadomość od niego - potem na wyciągnięcie nas stąd.

Zofii Romer nie udało się opuścić Związku Radzieckiego z armią Andersa. Wyjechała z ZSRR dopiero w maju 1943, przekraczając granicę z Persja koło Aszchabadu. Jej mąż zmarł na terenie ZSRR w 1943 roku.

Oprac. na podstawie wspomnień przechowywanych w Archiwum Ośrodka KARTA: sygn. AW/II/2795 Zofia Romer, Wspomnienia